Wieczorem po Mszy w kościele pojawił się jakiś młody chłopak i zbierał pieniądze. Kilka osób coś mu wrzuciło, na końcu wyszły siostry i powiedziały, że pomodlą się za niego. Ja wychodziłam razem z nimi. Pod kościołem słychać babcie. Wychodzimy i rzeczywiście... Z dziesięć stoi przed wejściem, a ze dwie odważniejsze gadają z chłopakiem.
"Do roboty byś się zabrał..." wołają, na co ten odpowiada, że jakby mu dały to by popracował, ale babcia na to, że już dawały...
Chłopak zapytał o proboszcza, na co babcie broniąc go powiedziały, że już dawno na górze... no to on poszedł tymi nieszczęsnymi schodami (po których ja kiedyś się wspinałam) na górę i tam stuka, a proboszcza nie ma, bo on na dole. Babcie oczywiście wołają, że tamten poszedł na górę i żeby proboszcz biegł drzwi zamknąć, bo go okradnie. Proboszcz babcie uspokaja, że on drzwi ma zamknięte. My z siostrami oczywiście śmiejemy się do rozpuku, ale dyskretnie, żeby babcie się nie poobrażały, bo sprawa poważna...
W końcu ruszyłyśmy na cmentarz zostawiając chłopaka, babcie i proboszcza za nami...
Na cmentarzu zapaliłyśmy znicze, pomodliłyśmy się i wyszłyśmy... Idziemy drogą, latarnie słabo świecą a ku nam zmierza trzech chłopaków wysokich i idą prosto na nas. Tak wyglądają znajomo, ale nie do końca widać, poza tym nie przypatrujemy się, żeby nie zwracać uwagi na siebie... Dochodzą do nas i jeden z nich... naskakuje na siostrę przełożoną. Siostra Ania idzie dalej... ja w sumie też, ale lekko przestraszona. Zresztą wiem, że nic nie zrobię, a siostra Renata na pewno ich zna, bo oni przecież tutejsi. Tymczasem za sobą słyszymy charakterystyczny śmiech... Ksiądz proboszcz z ministrantami wybrał się na cmentarz i postanowił zrobić psikusa nam po drodze... Uspokojone zaczęłyśmy się śmiać... trochę tak nam się wydawało, że to oni, bo mi mignął polar popielaty brata. Tymczasem mówimy do siostry przełożonej: "Niech się siostra nie martwi, gdyby to było na poważnie, to my poszłybyśmy dalej... a siostra na pewno dałaby sobie z nimi radę" :D.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz