W poniedziałek urządziłyśmy z siostrami kolację andrzejkową. A jak...? Skoro wszyscy się bawią to my też możemy... :D. Przygotowałyśmy przepyszną pizzę na prawdziwym włoskim cieście, wrzuciłyśmy co się dało na wierzch (np. zielone oliwki z anchois - polecam :)) i zrobiłyśmy sos czosnkowy, który udało mi się doprawić... :D.
A deser... pieczone banany, moje ulubione lody... (tutaj lody można kupić w takich opakowaniach, co wyglądają jak kiełbasa taka gruba, albo jakiś ser czasami np. salami, a potem kroi się je w plasterki i podaje z czym chce... :D najlepsze z konfiturami, albo z czekoladą...) polane czekoladą mleczną i posypane rodzynkami i kokosem...
Po kolacji czytałyśmy dowcipy i grałyśmy w kalambury... Wszystkie dawno nie uśmiałyśmy się tak, jak tego wieczoru.
Wracając do domu wymyślałyśmy zagadki. W nawiązaniu do ciemności obertyńskich jedna z nich brzmiała:
- Czego nie widać nocą a słychać na pół Obertyna?
- Sióstr i Moniki wracających na plebanię.
Dla ścisłości na plebanię wracałam ja, a siostry tylko mnie odprowadzały, bo chociaż miasto spokojne to jednak jakoś tak raźniej wracać w więcej niż jedną osobę.
Aparat natomiast dalej zepsuty zatem póki co sesje zdjęciowe zawieszone... na szczęście, najważniejsze wydarzenia i miejsca udało mi się sfotografować. A najpiękniejsze zdjęcia i tak zostaną tylko w moim sercu... Czuję czosnek....