Powitać...

Witaj!
Skoro w tym momencie czytasz tego bloga, to dlatego, że ja Ci go udostępniłam. Proszę, nie rozsyłaj linka dalej. Sama chcę wybrać ludzi, z którymi zechcę podzielić swoimi wrażeniami.
Postanowiłam uczynić to w ten sposób, bo wydaje mi się, że kilka osób będzie tym zainteresowane, a ja nie będę musiała pisać tego samego tekstu wiele razy...

wtorek, 29 listopada 2011

Andrzejki

W poniedziałek urządziłyśmy z siostrami kolację andrzejkową. A jak...? Skoro wszyscy się bawią to my też możemy... :D. Przygotowałyśmy przepyszną pizzę na prawdziwym włoskim cieście, wrzuciłyśmy co się dało na wierzch (np. zielone oliwki z anchois - polecam :)) i zrobiłyśmy sos czosnkowy, który udało mi się doprawić... :D.
A deser... pieczone banany, moje ulubione lody... (tutaj lody można kupić w takich opakowaniach, co wyglądają jak kiełbasa taka gruba, albo jakiś ser czasami np. salami, a potem kroi się je w plasterki i podaje z czym chce... :D najlepsze z konfiturami, albo z czekoladą...) polane czekoladą mleczną i posypane rodzynkami i kokosem...
Po kolacji czytałyśmy dowcipy i grałyśmy w kalambury... Wszystkie dawno nie uśmiałyśmy się tak, jak tego wieczoru.
Wracając do domu wymyślałyśmy zagadki. W nawiązaniu do ciemności obertyńskich jedna z nich brzmiała:
- Czego nie widać nocą a słychać na pół Obertyna?
- Sióstr i Moniki wracających na plebanię.
Dla ścisłości na plebanię wracałam ja, a siostry tylko mnie odprowadzały, bo chociaż miasto spokojne to jednak jakoś tak raźniej wracać w więcej niż jedną osobę.
Aparat natomiast dalej zepsuty zatem póki co sesje zdjęciowe zawieszone... na szczęście, najważniejsze wydarzenia i miejsca udało mi się sfotografować. A najpiękniejsze zdjęcia i tak zostaną tylko w moim sercu... Czuję czosnek....

środa, 23 listopada 2011

Góry, katar, skocznia i... gleba

We wtorek udało mi się pojechać z fajną paczką w moje póki co ulubione miejsce na Ukrainie... w góry!! Pomimo, że było pochmurnie, pogoda dopisała. Nie zasypał nas śnieg, nie zalał deszcz i nie zmarzliśmy. Ogólnie było wesoło...
Najpierw pojechaliśmy do Worochty, tam Jura pokazał nam domki do wynajęcia. Podczas spaceru robiliśmy zdjęcia. Przyplątały się do nas dwa koty. Jeden szczególnie puchaty dał się wziąć na ręce i pogłaskać. Oczywiście momentalnie wykorzystaliśmy to i zrobiliśmy sobie z nim fotki. Potem pojechaliśmy pod skocznie narciarskie. Niektórzy mieli ochotę wyjść na górę i na butach zjechać potem skoczyć i wylądować na dole, ale poprzestali tylko na ślizganiu się na dole. Ja też się poślizgnęłam... tak, że rozwaliłam aparat fotograficzny, ale pozostaję przy nadziei, że uda się go "poskładać".
Potem pojechaliśmy do Jaremczy nad wodospad i na targ. Nad wodospadem połaziliśmy po skałkach, a na targu zostawiliśmy trochę pieniędzy. Zdjęć z Jaremczy jeszcze nie posiadam, ponieważ mój aparat nie działał w tamtych okolicach, a od koleżanki zdjęcia dostanę później.
W ogóle cała wyprawa się udała, katar tak bardzo mi nie przeszkadzał. Na zdjęciach jeszcze nie mam nosa jak Rudolf z bajki, albo jak klown. Wszystko zakończyło się wspólną kolacją i zabawą z nową przyjaciółką :D. Ma pięć lat i bardzo lubi łaskotać i jak ją się łaskocze. Podobnie jak jej prawie dwuletni brat. Trochę miałyśmy problem z językiem, ale od czego są ręce i rysunki :D.
A te widoki w górach... znam je już prawie na pamięć, ale i tak nie przestaną mnie zachwycać :D.







To jest "nasz" kot. Bardzo puchaty i bardzo lubi być drapany za uchem (nie Zauchem) wtedy tak fajnie sobie mruży oczy.






Dla tych, którzy nie wiedzą, takim czymś jest wyłożona skocznia narciarska. To zielone... po tym da się chodzić, ale bardziej na środku jest takie jasne i bardzo śliskie i tam właśnie... patrz wyżej :P

sobota, 19 listopada 2011

czwartek, 17 listopada 2011

5400 hrywien mandatu czyli jak zrobić SS w konia...

Kiedyś poprzednia siostra przełożona z Obertyna zostawiła samochód zaparkowany przed plebanią w Kołomyji. Po powrocie znalazła za szybą karteczkę a na niej tekst mniej więcej taki:
"Za parkowanie samochodu na trawniku, za niszczenie strefy zielonej, za zakłócanie spokoju należy zapłacić mandat w wysokości 2000 hrywien. Połowę opłaty należy uiścić pod poniższym adresem (tu został podany adres plebani), a drugą połowę pod niżej wskazanym (tutaj adres kościoła parafialnego w Kołomyji). W przypadku nie uiszczenia opłaty na czas odsetki będą wzrastać, co daje odpowiednio kwotę 5400 hrywien."
Siostra mandat przeczytała szybko i zbladła. Przyjechała do domu i pokazała go drugiej siostrze. Obie zmartwione postanowiły zadzwonić pod wskazany na kartce numer. Okazało się, że dodzwoniły się do kucharki z plebani. Zmartwione opowiedziały jej całą historię i zapytały, co mają robić, czy gdzieś można to odwołać, gdzie jechać. Pani kucharka powiedziała im, żeby jeszcze raz przeczytały uważnie adresy i zobaczyły, jakie pieczątki są na mandacie. Siostry przeczytały i zorientowały się, że plebania kołomyjska zrobiła sobie z nich żarty. Tymczasem księża w Kołomyji do dzisiaj ze śmiechem opowiadają, jak zrobili siostry służebniczki w konia.

środa, 16 listopada 2011

Wygodnie, pięknie i niedrogo.

Dzisiaj jedna osoba zapytała mnie, czy Ukraina jest niebezpieczna. W niektórych miastach działają jakieś grupy mafijne. Tutaj, gdzie ja jestem jest raczej spokojnie, wszyscy się znają. Nie chodzę sama nocami po ulicy, ale raczej dlatego, że jest dość ciemno i po prostu nieprzyjemnie niż dlatego, że się boję. Ja osobiście Ukrainą jestem zachwycona, pomimo tego, że niektóre domy przypominają domy naszych babć, czy może wręcz prababć, wszystko ma swój urok a tutaj po prostu można odpocząć... jeśli jest się na wyjeździe wypoczynkowym. Na stałe raczej nie chciałabym tutaj zamieszkać, chociaż... miejsce pod budowę domu już wybrałam. Waham się tylko, czy w dolinach, czy bliżej gór :D. Jeśli ktoś chciałby sobie za nieduże pieniądze wypocząć w ładnych okolicach to zapraszam na Ukrainę. Szlaki przetarte, znajomości wyrobione.

Urodziny

Tak, tak, wiem... już było o urodzinach, o ucztach... 
Tym razem będzie coś o małym chłopcu, który ma imię Stanisław. Ma siedem lat, jak każdy mały chłopak lubi samochody, pistolety (to wręcz uwielbia), gry komputerowe. Staszek jest najmłodszym dzieckiem, które, jak zauważyłam trochę mnie rozumie (to znaczy rozumie, co niego mówię :)). We wtorek byliśmy w restauracji na przyjęciu urodzinowym zorganizowanym dla niego, a dzisiaj jeszcze na kolacji już w domu i na torcie. Staś pochwalił się prezentami urodzinowymi. Wszystkie były dobrane pod jego gusta, a potem ja uczyłam się "obsługiwać" ukraińską wersję Twistera. Starszy brat Stasia uczył mnie nazw kolorów po ukraińsku.
Potem we troje słuchaliśmy muzyki, rozmawialiśmy i ani się obejrzałam, trzeba było uciekać do domu. Na koniec jeszcze każdy dostał od Staszka buziaka z podziękowaniami za życzenia. 
Oprócz Stasia znam jeszcze kilkoro dzieci, z których najmłodszy chłopczyk ma roczek, a najstarszy piętnaście lat. Najmłodsi zawsze przynoszą mi do potrzymania swoje smoczki. Potem już się mną nie interesują :D.


poniedziałek, 14 listopada 2011

Randka w ciemno

Pewnego wieczoru jednego z tych, kiedy nawet księżyc nie świecił, żeby choć trochę rozjaśnić ukraińskie drogi, jeden młody chłopak przez pola wracał od swojej dziewczyny. Szedł tak przed siebie po omacku i nagle... łup! Jego głowa zderzyła się z czymś twardym. Odsunął się nieco i w ciemnościach zamajaczyło mu coś białego. Przygląda się dokładniej... dotyka... i wyczuwa koński pysk. Zorientował się, że "pocałował" konia. Na co zwierzak w odpowiedzi równie soczyście parsknął i opluł zalotnika.

niedziela, 13 listopada 2011

Całkiem emocjonujący weekend

Mój kolejny weekend zaczął się ok. 3.00 w sobotę. O tej godzinie wylądowałam w łóżku, aby zaraz potem wstać i szykować obiad na przyjęcie księdza arcybiskupa. No dobra, pomóc siostrom w jego szykowaniu. Obiadu było tyle, że jeszcze przez tydzień siostry będą go jeść zapewne z pomocą moją i brata... 
Kolejna interesująca rzecz to imieniny siostry przełożonej i urodzinki małej Krystianki (ostatnie zakończyło się uroczystą, oczywiście, kolacją). We wtorek kolejne urodziny... Dlaczego wszyscy tutaj rodzą się jakoś tak w listopadzie?? Przy okazji zauważyłam, że małe dzieci na Ukrainie jakoś za mną szczególnie nie przepadają... zapewne dlatego, że mówię do nich "po chińsku". No chyba, że momentami mam jakieś olśnienia... a przecież z takimi maluchami jestem na jednym poziomie językowym. Powinniśmy się jakoś dogadać :D. Chociaż ukraiński podobny jest do polskiego to jednak nie wtedy, kiedy mówią szybko. A jeden pan jeszcze czasami wtrąca słowa po czesku. Szkoda, że ci starsi nie umieją francuskiego :P, albo może i lepiej... szkoda byłoby się skompromitować :D.
Ciekawe, kto się domyśli, co znaczy "skupa"?

czwartek, 10 listopada 2011

Kosów

W czwartek odwiedziliśmy z moim bratem i Jurkiem księdza pracującego w mieście Kosów. Jest to już bardzo blisko gór. Po drodze mogliśmy podziwiać przepiękne widoki. Niebo było zachmurzone więc nie było widać, tyle ile chcielibyśmy zobaczyć jednak mimo to byliśmy zachwyceni.
W Kosowie jest nowy kościół rzymskokatolicki. Wybudowany został kilka lat temu i ciągle jeszcze jest wyposażany. Jest bardzo ładny zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz. Parafia nie jest wielka.





wtorek, 8 listopada 2011

Ukraińska "Kołysanka"...

Historia ponoć prawdziwa... (do czytania nocą!!)

W pewnej (chyba) wiosce na Ukrainie plebania była niedaleko cmentarza. Był to stary budynek, nie było tam łazienki w domu, ale był wychodek (ubikacja na dworze). Tak się jakoś poskładało, że wychodek ten stał na terenie należącym do cmentarza. 
Pewnego dnia wieczorem (było już ciemno, a na Ukrainie na wsiach panują egipskie ciemności) jeden z parafian, który był na plebanii wyszedł za potrzebą. Gdy tak szedł sobie postanowił, że w pewnym momencie zapali zapałkę, żeby sobie oświetlić teren i sprawdzić, gdzie idzie. Zaświecił zapałkę i w nikłym blasku jej ognia zobaczył... twarz! Wystraszony, ale jeszcze na wpół przytomny zapytał:
- Kto ty?
Ale tamta nic nie odparła. Przerażony już mężczyzna zgasił zapałkę i ruszył z powrotem w te pędy na plebanię.
Ksiądz na plebani zobaczył parafianina jak wbiegł do środka. Zwrócił uwagę na jego sterczące włosy na głowie i pyta:
- Co się stało?
Tamten nic nie odparł tylko przerażony nadal wskazał ręką za siebie. Ksiądz zobaczył, że włosy na ręce też stanęły mężczyźnie dęba. Tamten spróbował je przygładzić, ale one stanęły z powrotem. W końcu ksiądz zrozumiał, że w obecnym stanie mężczyzna nic mu nie powie i wyszedł na zewnątrz. Zaświecił światło i wówczas zobaczył dziewczynę. 
Owa dziewczyna była trochę niepełnosprawna psychicznie i lubiła nocą chodzić po cmentarzu. Jej problem polegał na tym, że obierała sobie jakiś kurs i szła przed siebie nie zważając na przeszkody. Przeskakiwała ogrodzenia, przechodziła po grobach, po krzakach... W tamtym momencie też szła przed siebie i po prostu ona i parafianin wpadli na siebie. 
Historia, która teraz śmieszy do łez każdego, kto ją słucha... jednak tamten mężczyzna potrzebował jakiejś godziny, żeby dojść do siebie.

poniedziałek, 7 listopada 2011

Gość w dom, Bóg w dom

Dzisiaj do Obertyna przyjechał szczególny gość. I teraz wszystkie dziewczyny mogą czytać z zainteresowaniem (panowie ten wątek mogą pominąć :)). Wysoki, przystojny, bardzo miły i sympatyczny dżentelmen o imieniu Jura. A teraz coś dla panów: Świetnie zna się na komputerach, zawsze służy pomocą w tym zakresie, tworzy ciekawe strony internetowe.
Jako, że pogoda dopisywała poszliśmy sobie na spacer i zabraliśmy ze sobą aparat fotograficzny. Sesja wyszła całkiem udana. Momentami wręcz biliśmy się o niego :P.
Ciekawostką jest też to, że chociaż znamy się z Jurą od siedmiu lat, dzisiaj widzieliśmy się "na żywo" pierwszy raz od ostatniego spotkania właśnie siedem lat temu. Mam nadzieję, że znajomość się utrzyma dalej :D, a za kilka lat będę się bawić na jego weselu :P
Jurku pozdrawiam Cię :D:D, życzę smacznego żurku.



Od lewej pan kościelny, ja, mój brat.


niedziela, 6 listopada 2011

Trochę jesiennej zadumy...

W sobotę wieczorem pojechaliśmy do cerkwi grekokatolickiej (nie pamiętam teraz w jakiej dokładnie wsi, ale na ziemi huculskiej - blisko gór) na modlitwy za zmarłych.
Cerkiew jest piękna (przynajmniej mnie się podoba), ale najpiękniejszy, jak zwykle, był śpiew chóru. Oprócz nauki, którą głosili księża wszystko było śpiewane przez diakona i przez chór. Przy okazji zwróciłam uwagę, że grekokatolicy mają inne "Zdrowaś Mario" niż my. Same modlitwy w cerkwi trwały gdzieś blisko dwie godziny. Wszystko na stojąco, z kilkoma wyjątkami. Nie zrozumiałam, o czym śpiewali za wyjątkiem jakichś pojedynczych zdań.
Proboszczem jest tam bardzo sympatyczny o. Jura, który jest żonaty. Nie poznałam jego rodziny, ponieważ kolację jedliśmy u jednej z parafianek.
Po nabożeństwie w cerkwi wszyscy udali się w długą procesję ze świecami na cmentarz. Chociaż zaczynało się robić zimno, to jakoś ten chłód nie przeszkadzał. Wszyscy raźno szli w stronę grobów swoich bliskich. W czasie procesji nie było ciszy, niektórzy rozmawiali, jednak kiedy przyszliśmy na cmentarz, to tam każdy się wyciszył. Po odmówieniu jeszcze kilku modlitw wierni rozeszli się po grobach i zostawili tam światła. Ja nie mogłam dłużej zostać. Mimo, że momentami trochę mi się dłużyło podczas tego nabożeństwa, zwłaszcza w czasie śpiewów, to czułam w sobie wielką radość, że mogę tam być i uczestniczyć pierwszy raz w życiu w takiej modlitwie.





W niedzielę natomiast w parafii dojazdowej mojego brata byliśmy na Mszy za ś.p. panią Kornelię w rocznicę jej śmierci. Przypomniał mi się czas, kiedy siedem lat temu tutaj byliśmy u niej na najlepszych, jakie jadłam w życiu pierogach ruskich. Wtedy też, tyle że kilka dni później nocowałam u niej w czasie pielgrzymki. Wówczas mnie i koleżankom zrobiła wspaniałe naleśniki z konfiturami i bitą śmietaną. Zapomniałam wtedy piżamy i pożyczyła mi swoją a ja w zamian stłukłam jej lusterko (niechcący, oczywiście). Pani Kornelia była znakomitą kucharką, przesympatyczną starszą panią i na zawsze pozostanie w pamięci naszej i wszystkich parafian tamtego miasta.