W czwartek po obiedzie pojechałyśmy z siostrami na groby Sióstr Służebniczek, które zmarły w czasie wojny, a są pochowane na cmentarzach na Ukrainie. Zapalałyśmy znicze i modliłyśmy się.
To był jedyny akcent poważny w czasie naszej podróży. W samochodzie miałyśmy głupawkę. Wszystko zaczęło się od naparu z głogu, który siostra przełożona zrobiła kilka dni temu na poprawę krążenia i na wzmocnienie pamięci. Pije go codziennie po trzy szklanki, a my sprawdzamy, czy poprawia się jej pamięć. Dzisiaj w prawie każdej miejscowości minęłyśmy zjazdy na cmentarze i cytując mnie "ponawracałyśmy się, jak nigdy" śmiejąc się, że to oczywiście "zasługa" tego naparu z głogu, który jakoś tą pamięć osłabia a nie wspomaga.
W sobotę, 12 listopada, nasze babcie przyjmą sakrament bierzmowania z rąk księdza arcybiskupa i wszyscy zaczynają przeżywać to wydarzenie. Siostry, bo muszą przygotować obiad, ja bo muszę im pomóc no i babcie też pewnie na swój sposób. Zapewne już zaczynają szykować swoje eleganckie stroje, rozprawiać między sobą. Włączają ukraińskie "BBC"(babcia babci skazała /babcia babci powiedziała), bo przecież one już się "na śmierć rychtują, a tu bierzmować się trzeba" (cyt. s. Ania). Mimo to nam w drodze towarzyszy radość, ekstremalne wręcz przeżycia na cudnych ukraińskich drogach, które mogą zakończyć się pozostaniem w polu na zawsze (siostra przełożona prowadzi dobrze, ale czasami droga wzmacnia wiarę - jednak od czego wszyscy święci?). A do zapalania zniczy używamy specjalnej zapalniczki, nazwanej przeze mnie "zniczopałką". Jest tylko jedno małe "ale". Nikt nie zabrał aparatu, a widoki przepiękne... ale przecież można jechać raz jeszcze tylko po bierzmowaniu :D.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz