Jest godzina 22:30 czasu ukraińskiego, czyli godzinę później niż u Ciebie... Jest mi zimno, bo jeszcze nie nagrzało się mieszkanie, ale mój brat powiedział, że za jakieś 3 tygodnie powinno być lepiej... :P.
Wyruszyliśmy z domu, jak jeszcze było ciemno na dworze, ale przez to, że jechaliśmy na wschód mogłam zaobserwować piękny wschód słońca. To było niesamowite wrażenie. Niebo najpierw było różowe, a potem pojawiła się wielka ognista kula.
Po jakimś czasie zrobiło się całkiem jasno i mogłam podziwiać piękne kolory jesieni w bieszczadzkich lasach. Aż miało się ochotę wysiąść z samochodu i iść w góry... niestety czas nie pozwalał.
Granicę przekroczyliśmy szybko i sprawnie. Najgorzej mieli ci, co przewozili różne rzeczy... tam kolejka była długa, ale mogli sobie za to poobserwować piękne widoki w Krościenku, chociaż z tego widziałam, to większość raczej miała ochotę pospać.
No, a za granicą... rajd Dakar pomiędzy naszym samochodem a jakąś nienajnowszą Mazdą. Kto lepiej ominie dziury na drodze, nie da się wyprzedzić i zdąży zjechać na swój pas zanim rozjedzie go coś z naprzeciwka. W pewnym momencie dołączył się do nas jeszcze jakiś samochód dostawczy i jechaliśmy niemal równo we troje, ale tamten szybko pomknął do przodu i tyle go widzieliśmy... My zajęliśmy drugie miejsce, Mazda została w tyle.
Wykołysani i wytrzęsieni udaliśmy się na obwodnicę lwowską (budowana na Euro). To było jak balsam dla samochodu, dla nas... Rozpędzeni ponad 100km/h mknęliśmy przed siebie wymijając wszystkie samochody, którym nie chciało się rozwijać podobnej prędkości i będąc wyprzedzani przez wszystkie samochody, które w pogardzie miały naszą prędkość...
Po drodze przystanęliśmy na obiad: barszcz ukraiński (generalnie smaczny byłby, gdyby nie pewne kawałki mięsa dla mnie do przeżucia) oraz ziemniaki po jakiemuś tam... w mięso były wbite szpady z przebitymi plasterkami ogórka... to było zjadliwe... Danie ogólnie, nie szpady. Szpady zostawiliśmy...
I dalej w drogę. Jedyna atrakcja to krowy, konie i gęsi... niektóre chciały zostać obiadem, ale jakoś tak... nie zabijaj!
O 17:00 Msza w Obertynie, a po niej różaniec. Jedna babcia szczególnie mnie umiłowała i szukała mojego towarzystwa. Chyba się obraziła, bo jednak zostałam na swoim... ale za to odmawiałam różaniec... spokojnie... po polsku i tylko jedną dziesiątkę. Czytania na Mszy były po ukraińsku. Muszę sobie przeczytać je na internecie w moim ojczystym języku... jedyne co umiem to w miarę Ojcze nasz... i Chwała Ojcu. I już mi się "zaciąganie" włączyło... ;D
Tymczasem umykam... później dorzucę tu parę fotek... Za chwilę może nawiążę pierwszy kontakt z tutejszą młodzieżą.
Pozdrawiam Cię serdecznie...